PRZYGODY JESIENNYCH LIŚCI

21.11.2013, 16:18, redakcja

 

Jesień to dobry czas, by w coraz krótsze i ciemnejsze popołudnia rozbudzać wyobraźnię i rozwijać zainteresowania literackie i czytelnicze.

Zachęcamy Was do lektury opowiadań Waszych kolegów. Są to niezwykłe historie, które wydarzyły się w lesie, parku lub ogrodzie, a których świadkami bądź bohaterami są jesienne liście.


Maciej Kamiński (4a)

JESIENNY LIŚĆ

Jestem klonowym liściem. Wiszę wysoko na drzewie. Zawsze marzyłem o niezwykłej przygodzie.

W nocy niespodziewanie zerwał się silny wiatr i, niestety, oderwał mnie. Leciałem, wirowałem, czułem się jak na karuzeli. Spadłem na chłodną i mokrą ziemię. Nie było to nic miłego i przyjemnego. Rozejrzałem się, było ciemno, dookoła pełno zwalonych moich braci. Leżałem, leżałem i nic się nie działo. Jedynie podmuch wiatru podrywał nas do góry i przesuwał z miejsca na miejsce.

Po południu naszą monotonię przerwały odgłosy zbliżającego się śpiewu. To grupa dzieci szła do parku na wycieczkę. Biegały, szalały i rzucały liśćmi. Panował wielki harmider. W pewnym momencie usłyszałem pisk i płacz. Okazało się, że ktoś razem z leżącymi liśćmi chwycił kamień i rzucił nim, trafiając kolegę w nogę. Na szczęście rana była niegroźna. Pani długo tłumaczyła dzieciom, co mogłoby się stać, gdy kamień trafił w oko lub głowę, i jak należy się zachowywać podczas takich zabaw. Panowała cisza. Wszyscy słuchali w skupieniu ze spuszczonymi głowami. Po chwili nauczycielka zaproponowała konkurs na najpiękniejszy bukiet z liści. Dzieci bardzo się ucieszyły i z radością pobiegły wykonać zadanie. Czułem, że ktoś mnie wybierze. Byłem duży, ładnie wybarwiony. Gdy tylko o tym pomyślałem, już ktoś ściskał mnie w dłoni. Po chwili dzieci ustawiły się parami i ruszyły do szkoły na zajęcia. Patrzyłem z tęsknotą na oddalający się park. Po drodze rozglądałem się i podziwiałem kolorowe wystawy. Wszystko mnie dziwiło, bo nie znałem świata. Jedynie w parku widziałem czasami ludzi na spacerze oraz otaczające mnie drzewa, krzewy oraz kwiaty. Gdy dotarliśmy na miejsce, dzieci od razu zabrały się do pracy. Poprzyklejały najpiękniejsze okazy na kartki i umieściły je na ścianie. Byłem dumny, bo tam też się znalazłem. Praca, na której widniałem, została wyróżniona. Od tej chwili mogłem obserwować życie młodych ludzi, ich zmagania w zdobywaniu wiedzy oraz radości i smutki. Teraz przekonałem się, że życie jest naprawdę piękne i pełne niespodzianek.
Byłem szczęśliwy. Spełniło się moje marzenie o pięknej przygodzie, a nawet więcej – wiedziałem, że nie zgniję, leżąc na ziemi. Los okazał się dla mnie łaskawy.

Bartosz Trypucki (6a)

Jesienny cud

Dawno, dawno temu w czasach, o których nie pamięta dzisiaj nikt, w małym zakamarku w leśnej dolinie wyrosło przedziwne drzewo. Starzy ludzie mówili, że kto przyłoży głowę do jego pnia i wyjawi troski, które go trapią – drzewo da dobrą radę. Nazywano je drzewem uzdrowienia.

Mijały lata, zmieniały się pory roku, a wraz z nimi spadały liście, które wiatr rozsiewał po okolicy. Ja zaś nigdy nie spadałem. Co roku robiłem się na nowo zielony, żółty, pomarańczowy. Zupełnie tak, jakby drzewo o mnie zapomniało. Pewnego razu, po wielu latach, ja - jesienny listek spadłem na ścieżkę, którą przechodziła uboga kobieta. Szła smutna, ze spuszczoną głową. Zmęczona i schorowana, całe życie ciężko pracowała, żeby utrzymać siebie i chorą córkę. Kolejny dzień już szukała w okolicy pracy i wszędzie odprawiano ją z niczym. Dostrzegła mnie - mały, jesiennie ubarwiony listek. Zamyślona podniosła i schowała do kieszonki podartej, sfatygowanej sukni. Postanowiła zanieść mnie córce, żeby chociaż w ten sposób zobaczyć uśmiech na jej schorowanej buzi.
I tak oto poznałem Mimi – małą dziewczynkę, której tajemnicza choroba nie pozwalała chodzić. Całe swoje 10–letnie życie spędzała przy oknie, obserwując przechodzących ludzi. Jej ciepły uśmiech i poczucie humoru przyciągały dzieci z okolicy, które chętnie bawiły się koło jej domu.
Mama Mimi przyniosła mnie – listek z drzewa uzdrowienia – i położyła córce na kolanach. Popatrzyłem w piękne oczy, ocienione długimi rzęsami, na dnie których czaił się głęboki smutek. Postanowiłem zmobilizować moje tajemnicze siły uzdrowienia, którymi obdarowało mnie rodzime drzewo. Czułem moc, która wstępuje we mnie i dziwne ciepło, które sprawiło, ze zacząłem się kurczyć.
Dziewczynka w pewnym momencie krzyknęła i strząsnęła mnie z kolan, wyrzucając gwałtownym gestem przez otwarte okno. Spłynąłem z gracją na stojącą niedaleko ławkę. Usłyszałem zgiełk i ujrzałem … wychodzącą z domu Mimi. Szła niezdarnie, lekko kulejąc, i śmiała się szczęśliwa. Mama ze łzami w oczach przyglądała się córce.
Gwałtowny podmuch wiatru sprawił, że zawirowałem w stronę nieba. Moja misja dobiegła końca.

Malwina Duda (5a)

Kradzież w mrowisku

Stary jesienny liść z zapałem opowiadał młodym kiełkom trawy o tym, co wydarzyło się pewnego jesiennego dnia.
- Posłuchajcie, młodzieńcy! Wczesną jesienią, kiedy byłem jeszcze zielony, stałem się świadkiem przestępstwa w pobliskim mrowisku. Wyobraźcie sobie, że ktoś skradł królowej mrówek jej cenną koronę. Do poprowadzenia śledztwa w tej sprawie władczyni zatrudniła prywatnego detektywa Sherlocka Mrówę oraz jego pomocnika Mrówsona. Podejrzanych było kilku. Ja od razu usprawiedliwiłem się, że nigdzie się stąd nie ruszałem, ponieważ nie miałem jak. Dopiero co opadłem z drzewa i zapoznawałem się z nowymi sąsiadami. Konik polny Damazy Skoczynoga, który wieczorami grywał na ucztach, upierał się, że nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Jednak Mrówson nie spuszczał z niego oka. Służąca, modliszka Hilda Podejrzana, bez przerwy serwowała herbatę. Ona też była podejrzana. Z racji swojego nazwiska i dlatego, że od kilku już tygodni poszukiwano jej piątego z kolei zaginionego męża. Chrząszcz Ulryk Kwiatywiędną, nadworny ogrodnik, latał po całym mrowisku, byleby tylko uciec przed natrętnymi detektywami. Przyjaciółki królowej, biedronka Radochna Ucieszna oraz motyl Henrietta Barwna, przesiadywały z królową w salonie, uspakajając ją i pocieszając. Wszyscy wierzyli w niezwykły talent detektywa. Nigdy dotąd się nie mylił. Ważka Kalasanty Ciechosławny próbował rozśmieszyć zasmuconą królową. Sherlock najbardziej podejrzewał Kalasantego, ponieważ, jak mówił, ci najmniej podejrzani są zazwyczaj winni. Mrówson szpiegował Radochnę. Uważał, że najbliższa przyjaciółka królowej znała wszystkie jej sekrety i chciała sama zasiąść na tronie. Ulryk chował się w ogrodzie. Pielęgnował kwiaty, myśląc, że nikt go tam nie znajdzie. Sherlock Mrówa przesłuchiwał Henriettę. To znaczy próbował, ponieważ oburzona podejrzeniami pani Henrietta straszyła go prawnikiem, pajęczycą Teklą Krzyżacką. Mrówson chciał wyciągnąć coś z konika Damazego. Grajek z oddechem Mrówsona na plecach próbował komponować pieśń na ,,Księżycową Paradę". Piekarz, pszczoła Gucio Łasuch, który dopiero co się pojawił, został zasypany pytaniami. Jednak nic nie udało się ustalić. Królowa rozpaczała, piła kolejną porcję herbaty i oglądała swoje zdjęcia z koroną na głowie. Sherlock ustalił, że w mrowisku nie ma żadnych dowodów. Postanowił wyjść do ogrodu. Oglądał każdy kamień, każde źdźbło trawy z niezwykłą dokładnością. Jeśli widział zagłębienie, od razu do niego wskakiwał. Rozkopywał każdy, nawet maleńki kopczyk. Ulryk schował się do kwiatu. Miał już dość zamieszania z kradzieżą. Sam uważał, że to kwiaty mają najpiękniejsze korony i nawet mu się nie śniło, żeby zabrać ją królowej mrówek. Detektywi przeszukali całe królestwo. Z wyjątkiem miejsca, gdzie leżałem ja. Sherlock Mrówa zapytał królową, czy może poszukać też pode mną. Odpowiedziała, że jeśli ma na to jeszcze siłę, to oczywiście. Zrezygnowana oświadczyła, że nawet jeśli nie znajdzie korony, to nic nie szkodzi. Poleci osie Leoncjuszowi Trybikowi, aby zrobił jeszcze jedną. Ona sama zamierzała podać się do dymisji, bo co to za królowa, która nie pilnuje własnej korony! I jeszcze do tego ta „Księżycowa Parada”… Jak miała w niej wystąpić bez korony? Detektywi się nie poddawali. Na ich polecenie cała horda mrówek przesunęła mnie pod drzewo. W miejscu, gdzie leżałem, znaleźli jedynie nasionko szyszki oraz kopczyk dżdżownicy. Pod koniec dnia królowa podeszła do Sherlocka wsparta na ramieniu Henrietty. Zapytała o wyniki śledztwa. Sherlock oznajmił, że, według niego, wszyscy mieli motyw. Jedni chcieli wyborów nowej królowej, inni zazdrościli jej bogactwa. Potrzebował czasu do namysłu. Nieoczekiwanie przyleciała pokojówka Mrówtylda Schludna. Oznajmiła, że rozwiązała zagadkę zaginięcia korony. Przypomniała sobie, iż królową tego ranka bolała głowa. Zaraz po śniadaniu ruszyła na inspekcję mrowiska. Nie zabrała ze sobą korony, bo jak twierdziła, musiała dźwigać głowę cięższą od ziarenka maku. Klejnot bezpiecznie spoczywał jak zawsze pod poduszką królowej. Zawstydzona władczyni rzuciła się w objęcia pokojówki.
Mrówtylda, Sherlock i Mrówson zostali sowicie wynagrodzeni. Królowa kazała Leoncjuszowi zrobić szkatułkę na koronę, a późnym wieczorem odbyła się wspaniała parada. Sherlock zaprosił pokojówkę Mrówtyldę na kurs dla początkujących detektywów, a ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że wszyscy szukali czegoś, co leżało tam, gdzie zawsze.

Maciej Kozak (6b)

KLONIK

To był piękny wiosenny dzień. Poczułem przyjemne promienie słońca ogrzewające gałązkę, na której miałem niedługo urosnąć.
Czekałem z niecierpliwością, kiedy wreszcie zobaczę kolorowy świat. Nagle poczułem przypływ mocy. Zacząłem rosnąć! Pączek, z którego się rozwijałem, z dnia na dzień był większy. Wreszcie mogłem oglądać świat. Był cudowny. Z zachwytem oglądałem otaczające mnie rzeczy. Dni były coraz dłuższe i cieplejsze. Mieszkałem na drzewie w parku niedaleko małego jeziorka. Z zazdrością patrzyłem na bawiące się tam dzieci i marzyłem o figlach i psotach z nimi. Dni mijały. Byłem już całkiem sporym listkiem. Moi bracia wesoło huśtali się na gałązkach i szemrali o zabawnych historiach. Ja marzyłem jednak o gonitwach i zabawach z dziećmi. Kolejne dni były jeszcze cieplejsze. Wesoło kołysaliśmy się, szumiąc. Nagle nadciągnęła wielka, czarna jak noc chmura. Zerwał się okropny, silny wiatr. Zaczął padać deszcz. Wszyscy trzymaliśmy się gałązek z całych sił. Ta wichura była przerażająca. Kiedy się wszystko uspokoiło, znowu wyjrzało słońce. Usłyszeliśmy szelest. Zaniepokojeni zaczęliśmy rozglądać się wokoło. Między gałązkami skryła się mała, ruda wiewiórka. Podziękowała nam za schronienie w czasie burzy i uciekła w popłochu. Z zazdrością patrzyłem, jak mała ruda kitka gania po parku między dziećmi.

Byłem już dużym liściem, ale marzenie z dzieciństwa nie dawało mi spokoju. Postanowiłem poprosić ducha drzewa, na którym rosłem, aby pomógł mi spełnić moje pragnienie. My - liście możemy prosić ducha naszego drzewa o spełnienie jednego życzenia. Wielu moich braci prosi o piękne kolory albo o śliczny kształt. Ja poprosiłem o coś zupełnie innego. Chciałem móc bawić się z dziećmi w berka i zobaczyć świat poza parkiem.
- Duchu, duchu drzewa! - zawołałem głośno.
- Słucham, mój wierny synu - odpowiedział.
- Ty wiesz, o czym marzę, spełnij, proszę moje życzenie.
- Ha, ha, ha! - zaśmiał się czule duch drzewa.
Posmutniałem. Myślałem, że nie ma szans na zrealizowanie moich marzeń. Dalej patrzyłem na ludzi bawiących się w parku. Wtedy zdarzył się cud. Zawiał silny wicher, jakby duch dmuchnął w świat. Poczułem, że unoszę się nad ziemią i przemieszczam się.
- Hura! - krzyknąłem - Dziękuję, duchu.
Spokojnie opadłem na trawnik tuż obok jeziorka. Nie zdążyłem się dobrze rozejrzeć, kiedy podmuch wiatru znów uniósł mnie w górę.
- Ach, jak miło! - myślałem.
Wiatr niósł mnie tym razem dalej i dalej. Nagle opadłem wprost na alejkę przy przedszkolu. Tam zobaczyłem bawiące się dzieci. Wtem podbiegła dziewczynka. Próbowała podnieść mnie z ziemi, lecz wiatr psotnik uniósł mnie dalej. Panienka biegła za mną, a wiatr ciągle mnie odpychał. Dziecko śmiało się, a ja byłem najszczęśliwszym liściem ma świecie. Po chwili zobaczyłem obok siebie moich braci. Zdziwiony zapytałem, skąd się tu wzięli. Wtedy usłyszałem głos ducha drzewa:
- Mały, głupiutki listku, przecież wszystkie liście opadają, kiedy przychodzi ich pora.
- Ale jak to? - cicho westchnąłem.
- Mam jednak dla ciebie inną niespodziankę - rzekł poważnym głosem.
Nie zdążyłem zapytać jaką, bo po chwili byłem w dłoniach dziecka.
Mała dziewczynka wzięła mnie do domu, postawiła w pięknym wazoniku na półce i nigdy się ze mną nie rozstawała. Dała mi nawet imię. Od tamtej pory nazywam się Klonik.

 
« Wstecz

 

 

 

PLAN LEKCJI

2017/2018

1 8.00 - 8.45
2 8.55 - 9.40
3 9.50 - 10.35
4 10.45 - 11.30
5 11.40 - 12.25
 

przerwa obiadowa

6 12.40 - 13.25
 

przerwa obiadowa

7 13.45 - 14.30
8 14.35 - 15.20
9 15.25 - 16.10

SPRAWDŹ AKTUALNY JADŁOSPIS

NASZEJ STOŁÓWKI